Bywa, że aby zacząć coś nowego, trzeba coś innego doprowadzić do końca. Okazuje się bowiem, że nawet tak ukochany przez nasze czasy multitasking miewa swoje granice. I dobrze.
W zasadzie nie jestem nawet do końca pewna jak ten cały multitasking powinien działać. I to być może niedobrze. Mam jednak wrażenie, że nierzadko przypomina kiepski stary komputer. Taki, który po pewnym czasie prowadzenia równoległych procesów przestaje poprawnie funkcjonować. Albo w ogóle przestaje działać. Wtedy pomaga już tylko restart systemu. I zaczynanie wszystkiego od nowa. Całe szczęście, w porównaniu ze starymi komputerami, mamy trochę lepsze umiejętności przewidywania i planowania, a bywa też, że nawet kilka różnych motywacji. Mamy więc szansę na restart kontrolowany - przynajmniej w pewnym zakresie - do momentu, kiedy jest już (HELL) ABOUT TIME i dłużej tak samo żyć się nie da. A może po prostu się nie chce ;)
W tym miejscu to wszystko się zaczyna. "Hell about time" miewa tu różną siłę i występuje w kilku postaciach. Na pewno w dwóch :) Jednej postaci do zakończenia starych spraw wystarczy perspektywa półtoramiesięcznego wyjazdu do Ameryki Łacińskiej, druga zaś potrafi doprowadzić oczekiwanie na bardziej motywujące okoliczności do rangi sztuki. Całe szczęście również mającej swoje ograniczenia :)
Tym niezwykle prostym sposobem mamy więc, co następuje:
- jednego magistra (po 6-u latach)
- jednego magistra inżyniera (po 9-u latach)
- jedną posadę w Berlinie
- jedną chęć nauki języka obcego
- jedną konieczność znalezienia pracy
i na koniec - jednego bloga na dobry początek - dla Was i dla nas - żeby pamiętać o sobie nawzajem :)